wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozdział dwunasty

    - Wydaję mi się, że to nie twoja sprawa. - Pogratulowałam sobie w myślach, gdy mój telefon odmówił jakiegokolwiek posłuszeństwa.
- Masz rację. Ale to chyba nie tajemnica?
     Przeklęłam w myślach, nie wiedząc bardziej z jakiego powodu.
- Dobrze, rzuciłam. I zrobiłabym to jeszcze raz z największą przyjemnością. - dodałam z arogancją.
     - Przepraszam. - dodał po chwili. - Po prostu musiałem wiedzieć.
Rzuciłam mu niezrozumiałe spojrzenie, ale postanowiłam nie pytać. Jeszcze raz powierzchownie obejrzałam urządzenie, po czym ze zrezygnowaniem wrzuciłam go do torebki.
     Przyjrzałam się dokładniej Brytyjczykowi.
Brązowe, duże oczy. Dokładnie wyrażały co teraz czuję. Ja jednak nie jestem dobra w odgadywaniu ludzkich nastroi.
Świetnie wykrojone usta, które ułożone w lekkim uśmiechu. Lekko uchylone eksponowały śnieżnobiałe zęby.
Można było go opisywać bez końca, ale błądzenie oczyma po jego twarzy w pewnym momencie stało się dla nas krępujące.
- Choć, odprowadzę cię do domu. - rzekł, oglądając buty. Chciałam się sprzeciwić, ale chłopak nie czekał na odpowiedź.


     Szliśmy w ciszy w pełni doceniając jej wagę. Żadne z nas nie odważyło się jej przerwać.
- To tutaj. - zauważyłam stając przed pięcioma kilkupiętrowymi blokami, zataczającymi się łukiem przed nami.
     Blok w którym mieszkałam był trzeci, czyli znajdował się w samym środku. Podwórko, przez które trzeba było przejść, było całkiem ciemne. Nie oświetlała go ani jedna, nawet mała lampa.
- Tutaj masz mój numer. - podał mi skrawek papieru, na którym był zapisany kolejny ciąg cyfr. Kolejny bezużyteczny numer - wtrąciły moje myśli.
- Do zobaczenia. - powiedział i odszedł znikając w ulicznym zgiełku.
     Stałam jeszcze chwilę, rozmyślając nad nieznaczącymi sprawami.
- To dla mnie się tak ubrałaś, skarbie?
Czułam zimny oddech na ramieniu i szyi. Jego głos był chrapliwy i bardzo dobrze mi znany.
Zamknęłam oczy i odwróciłam się na pięcie.
Gdy go zobaczyłam nie potrafiłam powstrzymać krzyku.
     To był on
Zasłonił mi usta dłonią, tłumiąc odgłos, który się z nich wydobył. Jego wzrok był taki pusty, jakby pozbawiony jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Wiedziałam, że myśli o mnie tylko jak o jakiejś dziwce. Raz mu się nie udało, dlatego spróbował drugi. 
Ktoś na górze ciśnie replay - dopowiedziały moje myśli. To był najgorszy scenariusz, jaki życie mogło mi napisać. 
- Nie dotykaj mnie Higgins! - rzekłam hardo, jednak w środku bałam się jak cholera. Dobrze, tylko spokojnie. Przeklinanie nic tu nie da. - mawiałam sobie w myślach. 
     - Myślałaś, że jak raz ci się uda, to odpuszczę? - chwycił mnie za włosy i mocno szarpnął. - Ja nigdy nie odpuszczam.
Czułam się, jakbym była na to skazana,-jakby to był mój wyrok. Czułam także, jego wzrok na sobie. Jak przyglądał się mojemu biustowi i całemu ciału. Dlaczego on tak zwleka? Już dawno powinno być po wszystkim. 
Podczas gdy ja toczyłam wojnę ze swoimi myślami, Paul Higgins zmniejszał dystans między nami. Teraz lekko licząc dzieliły nas centymetry. 
Kciukiem rozmazał szminkę którą byłam pomalowana, tłumacząc, że ten kolor do mnie nie pasuje. 
Co chwila urywał zdanie i śmiał się szyderczo. 
Chciałam uciekać. Biec, tak szybko jak potrafię, a nawet szybciej. Jednak moje nogi były jak sparaliżowane. Jakby on przejął nad nimi kontrolę. 
- Jak można chcieć zrobić coś takiego kobiecie?! - rozległo się po placu. Nie był to jednak głos ani jego ani mój. To krzyczał człowiek, który postanowił zabawić się w Supermana. 
     Czarna postać stała w bramie i chyba rzeczywiście postanowił mi pomóc. To raczej postanowił, gdyż to napewno był mężczyzna. W jednej chwili znalazł się przy nim, chwycił go za markety i  od razu przeszedł do rzeczy. Wtedy zaczęła się prawdziwa bitwa. 
Nieznajomy wprost rzucił się na Higginsa. Przewrócił go i zaczęli się szamotać po ziemi, tuż pod moimi nogami. Po chwili nie potrafiłam ich rozpoznać. Nie wiedziałam który z nich był tym dobrym a który złym. Obaj byli w całości ubrudzeni błotem. 
Stałam nad nim, jak głupia, ale muszę przynać, że w tamtej chwili straciłam głowę. Następnie, któryś wstał i wybiegł, co uznałam za skończoną potyczkę. Po chwili drugi także wstał i wtedy go rozpoznałam. Mimo mroków i przerażenia wiedziałam że to był Liam. 
Na początku chciał za nim pobiec, lecz gdy spojrzał na mnie, zamar w bezruchu. Wiedziałam, że jeśli zaraz nie odwrócę wzroku i nie ucieknę, to z oczu popłyną mi dwa strumienie łez. Gorzkich i słonych. Nie mogłam mną to pozwolić. Nie mogłam złamać obietnicy danej sobie w przeszłości. Nie teraz, nie tutaj.
Zaczął się do mnie zbliżał, co dało mi zrozumienia, że to najwyższy czas puścić się pędem do ucieczki. Nie chciałam, aby widział, że cierpię. Nikt nie może o tym wiedzieć. Niall, Harry, Karolina i Danielle - nikt z tych osób, nie powinien był mnie wtedy widzieć. 
     Liam rozszyfrował moje zamiary i chciał pójść w moje ślady, jednak los wtedy postanowił się do mnie uśmiechnąć i rzucić pustą butelkę pod nogi Brytyjczyka. Upad, a ja dobiegłam do wielkich drzwi. Przetrzeszukiwałam torebkę w poszukiwaniu kluczy, a gdy je znalazłam, sporo czasu zajęło mi trafienie kluczem do zamka. Trzęsącymi się rękoma przekręcałam klucz, który stopniowo otwierał coś, co uchroni mnie przed złamaniem obietnicy. Udało się. Pchnęłam je z całą siłą mojego ciała i przekroczyłam próg. Z ulgą zamknęłam drzwi. Jeszcze chwila, a Liam stanął by naprzeciw mnie. Teraz odbił się od drzwi, stojąc po drugiej stronie.
- Będzie dobrze, rozumiesz?! - wykrzyknął osuwając się. 
- Będzie dobrze. - Powtórzył ze zrezygnowwaniem, jakby sam do końca nie wierzył w to, co mówi. 


     Wbiegłam po schodach nie czekając na windę. Dopiero w mieszkaniu poczułam się w pełni bezpieczna. Byłam wdzięczna Anglikowi za uratowanie, ale nie potrafiłam mu tego okazać. Będę musiała z nim pogadać i podziękować. Cóż, widać czeka mnie jeszcze jedna trudna rozmowa. Chcę powiedzieć Niallowi, że nie musi już ukrywać, że spotyka się z Karoliną. Wiedziałam, że to ją kocha i że ja nie mogę mu w tym przeszkadzać. Poza tym, jak przemyślałam to wszystko, to ja go nie kochałam. Potrzebowałam kogoś, kto mnie pocieszy. Z resztą on także. Nie mogło to być porównywanie z miłością. W głębi duszy wiedziałam, że nigdy nie przestał jej kochać.
Właściwie się cieszę, że mają siebie. Nie jestem o niego zazdrosna. Może zwariowałam, ale cieszyłam się ich szczęściem.
     Trudno jednak mówić o szczęściu, kiedy właśnie rozgrywa się twój dramat.
Kiedy tylko prektoczyłam próg meiszkania, opadłam na ziemię. Byłam wykończona. Przestraszona, zła, zdenerwona. Wszystko na raz. Na wypadek gdyby coś miało sieę stać, dokładnie zakmnęłam drzwi. 
Zdjęłam buty i skeirowałam się do łazienki. Nie dbałam o to czy zdjęłam ubranie, czy nie. Musiałam to z siebie zmyć. Jego dotyk. Spojrzenie, sposób traktowania. Musiało to ze mnie spłynąć. 

SZABLON

if (e.which==2||e.which==3) {alert(message);return false;}}} if (document.layers) {document.captureEvents(Event.MOUSEDOWN);document.onmousedown=clickNS;} else{document.onmouseup=clickNS;document.oncontextmenu=clickIE;} // -->